- No więc, tu macie łazienkę, ręczniki są tam. - Rosalie oprowadzała nas po domu. Starałem się uważać na to co mówi, lecz mój przyjaciel ciągle trącał mnie w ramię i wskazywał na krągłe pośladki kobiety. Widać że odzyskał humor. Pewnie gdy tylko kobieta nas już wszędzie oprowadzi pójdziemy na piwo, starym zwyczajem. Za każdym razem, kiedy mnie trącał bym popatrzył, karciłem go spojrzeniem, ale on nic sobie z tego nie robił. Jak zwykle.
- Daleko jest stąd jakaś knajpa? - zapytał Rafe. Wiedziałem.
- Tuż za rogiem, jest knajpa o nazwie Endowed. Może wam się tam spodobać. Ale ja tam nie lubię uczęszczać, ale jak na wasze standardy wystarczy- kobieta uśmiechnęła się kwaśno do Rafe'a, którego przyłapała na bacznym obserwowaniu jej piersi. Było mi za niego wstyd.
- Jutro skończę Was oprowadzać, do pracy macie na 20, więc mamy cały dzień. To chyba tyle, mieszkanie macie małe, więc liczę że się nie pogubicie. Jakieś pytania?
- Rose, dasz się na mówić na kino?- wypalił mój przyjaciel, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Wtedy kobieta wyciągnęła przed jego twarz prawą dłoń, gdzie na jej serdecznym palcu widniała złota obrączka. Próbowałem zamaskować śmiech kaszlem, lecz mi to nie wyszło.
- Chyba jednak nic z tego. Spóźniłeś się jakieś 4 lata- odpowiedziała śmiejąc się.
Cała nasza trójka zeszła po schodach na dół, tam kobieta wzięła swoją torebkę i wyszła. Zamknęliśmy za nią drzwi.
- No stary, spóźniłeś się. Jakieś 4 lata. Nie martw się - poklepałem go pocieszająco po ramieniu i zacząłem się śmiać. Spojrzał na mnie nienawistnym spojrzeniem, ale również po chwili śmiał się razem ze mną.
- Idziemy na piwo?
- Jasne. Ty stawiasz.-Odpowiedziałem.
- No chyba cię pierdolło coś w łeb porządnie- zaśmiał się.
- Pff...
~ ~ ~* ~ ~ ~
Robiło się już późno. Wyszłam z domu cztery godziny temu. Trafiliśmy z Marley'em do jakiegoś parku w którym jeszcze nie byłam. Nie bardzo wiedziałam którędy wrócić do domu, bo nie zważałam na drogę. Super... zrobiłam z siebie bezbronną owieczkę. Szkoda że w rzeczywistości byłam lekko bezbronna. Na zewnątrz twarda, w środku miękka.
- No Marley, mamy przewalone wiesz?
Pies spojrzał na mnie jak na idiotkę. Racja. My przeważnie mamy przewalone.
Szłam po ciemku i nie widziałam prawie nic. Usłyszałam za sobą szelest...
Pleas, don't go
środa, 22 stycznia 2014
wtorek, 21 stycznia 2014
Dajcie spokój
-Tansy! Tansy, wracaj natychmiast! Już! Nie skończyłem jeszcze! Wracaj tu kurwa!- usłyszałam głos ojca, który stał w drzwiach i wołał za mną.
Chyba cię pojebało, pomyślałam. Ten dom był przeklęty. Nienawidziłam tego co się w nim znajdowało, łącznie z tym popierdolonym staruchem.
Rozejrzałam się po podwórku, w poszukiwaniu swojego psa.
- Marley!- zawołałam. Po jakichś 5 sekundach usłyszałam jak pies mi odszczekuje, co w jego języku oznaczało że już do mnie biegnie. Po chwili pies stał tuż obok mojej nogi i z wywieszonym jęzorem wesoło machał mi ogonem. Ucieszyłam się na ten widok, bo ten pies był moją jedyną radością w życiu.
- Chodź Marley, idziemy stąd.
Plusem w wychodzeniu z Marley'em, było to że nie potrzebowałam do tego smyczy. Marley posłusznie szedł przy mojej nodze. Tylko mnie się tak słuchał. Innych miał głęboko pod ogonem. Wyszliśmy za bramę ogrodzenia, a ojciec zrezygnowany wrócił do domu. Można powiedzieć, że ja i Marley, byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Mam go od 4 lat. Wciąż pamiętam dzień, w którym pojechałam z rodzicami udającymi szczęśliwe małżeństwo do hodowli i wybrałam najmniejszego z miotu. Sama jestem drobnej postury, tyle że jestem wysoka. Wybrałam go, bo tylko on wydał mi się wyjątkowy i to wcale nie dlatego że był najmniejszy. Po prostu pokochałam spojrzenie jego małych brązowych oczu.
Ojciec znów się najebał. Wpadł w furię i wyżywał się na mnie i na mamie. Dobrze że przynajmniej ja mogę wyjść. Mama siedzi na fotelu i wszystkiego wysłuchuje, potem płacze przez kilka dni. Ojciec się ogarnia i ją przeprasza. Tak jest kilka razy w tygodniu. Mama popadła w depresję, przez to że kilka lat temu dowiedziała się o tym że ojciec ją zdradza. Co najgorsze na pogrzebie jej mamy, z jej własną kuzynką. Ojciec ją przepraszał, ale nic to nie dawało. Na początku nie było tak źle jak jest teraz. Teraz gdyby nie to że w nią wmuszam nic by nie jadła, a kiedy się odezwie panuje w domu radość. Nie raz lądowała w szpitalu. Ale wypisywano ją po kilku dniach. Tata nie chcę jej oddać do szpitala psychiatrycznego bo to "zszarga jego dobre imię". Ja nie mam siły i nie wiem co mam już z tym robić. Często wychodzę z domu i zabieram wtedy ze sobą Marley'a, żeby on też nie musiał patrzeć na to co się tam dzieje. Praktycznie nie mam przyjaciół. Pozbyłam się ich wtedy, kiedy odkryłam że lecą tylko na moją kasę, a z chłopakami zrobiłam to samo. Jedynym facetem jakiem ufam, jest Marley. Potem jednak tam wracam. Nie mam w sobie na tyle siły, żeby zostawić mamę samą. Czasem kiedy ojciec jest zły, dochodzi do rękoczynów. Wyżywa się na mamie, jak na worku treningowym, a kiedy staję w jej obronie mi się dostaję. Ale już wolę ja dostawać, niż żeby ona. Ja się wyliżę, ale mama nie prędko.
Spacerując z psem, czuję jak problemy znikają. Nie raz kiedy wychodzę, nie ma mnie ponad kilka godzin. Wtedy uruchamiam wyobraźnię, a wszelakie smutki i zmartwienia znikają. Są tylko marzenia.
Chyba cię pojebało, pomyślałam. Ten dom był przeklęty. Nienawidziłam tego co się w nim znajdowało, łącznie z tym popierdolonym staruchem.
Rozejrzałam się po podwórku, w poszukiwaniu swojego psa.
- Chodź Marley, idziemy stąd.
Plusem w wychodzeniu z Marley'em, było to że nie potrzebowałam do tego smyczy. Marley posłusznie szedł przy mojej nodze. Tylko mnie się tak słuchał. Innych miał głęboko pod ogonem. Wyszliśmy za bramę ogrodzenia, a ojciec zrezygnowany wrócił do domu. Można powiedzieć, że ja i Marley, byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Mam go od 4 lat. Wciąż pamiętam dzień, w którym pojechałam z rodzicami udającymi szczęśliwe małżeństwo do hodowli i wybrałam najmniejszego z miotu. Sama jestem drobnej postury, tyle że jestem wysoka. Wybrałam go, bo tylko on wydał mi się wyjątkowy i to wcale nie dlatego że był najmniejszy. Po prostu pokochałam spojrzenie jego małych brązowych oczu.
Ojciec znów się najebał. Wpadł w furię i wyżywał się na mnie i na mamie. Dobrze że przynajmniej ja mogę wyjść. Mama siedzi na fotelu i wszystkiego wysłuchuje, potem płacze przez kilka dni. Ojciec się ogarnia i ją przeprasza. Tak jest kilka razy w tygodniu. Mama popadła w depresję, przez to że kilka lat temu dowiedziała się o tym że ojciec ją zdradza. Co najgorsze na pogrzebie jej mamy, z jej własną kuzynką. Ojciec ją przepraszał, ale nic to nie dawało. Na początku nie było tak źle jak jest teraz. Teraz gdyby nie to że w nią wmuszam nic by nie jadła, a kiedy się odezwie panuje w domu radość. Nie raz lądowała w szpitalu. Ale wypisywano ją po kilku dniach. Tata nie chcę jej oddać do szpitala psychiatrycznego bo to "zszarga jego dobre imię". Ja nie mam siły i nie wiem co mam już z tym robić. Często wychodzę z domu i zabieram wtedy ze sobą Marley'a, żeby on też nie musiał patrzeć na to co się tam dzieje. Praktycznie nie mam przyjaciół. Pozbyłam się ich wtedy, kiedy odkryłam że lecą tylko na moją kasę, a z chłopakami zrobiłam to samo. Jedynym facetem jakiem ufam, jest Marley. Potem jednak tam wracam. Nie mam w sobie na tyle siły, żeby zostawić mamę samą. Czasem kiedy ojciec jest zły, dochodzi do rękoczynów. Wyżywa się na mamie, jak na worku treningowym, a kiedy staję w jej obronie mi się dostaję. Ale już wolę ja dostawać, niż żeby ona. Ja się wyliżę, ale mama nie prędko.
Spacerując z psem, czuję jak problemy znikają. Nie raz kiedy wychodzę, nie ma mnie ponad kilka godzin. Wtedy uruchamiam wyobraźnię, a wszelakie smutki i zmartwienia znikają. Są tylko marzenia.
Podróż
Następnego dnia, byliśmy już w drodze do Londynu. Wyruszyliśmy dzień wcześniej, dlatego że powiedziano nam iż jednak prace zaczynamy jutro, a nie za kilka dni, więc szybko zapakowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy. Pozostało nam już tylko półtorej godziny drogi, wyruszyliśmy o 6 rano, a była już dwunasta. Jechaliśmy wolno, bo ciężarówka co chwile nawalała i musieliśmy naprawiać. Jechałem na siedzeniu pasażera, a Rafe za mną. Billy coś ciągle opowiadał że mieliśmy farta, że od razu mamy prace. Nie bardzo go słuchałem. Miałem słuchawki, a Rafe był nie obecny myślami. Wkrótce moim oczom ukazał się Big Ben.
Billy zachwycał się widokiem. Może ja i Rafe też byśmy się zachwycali, gdyby nie to, że obydwoje mieliśmy zjebany humor. Doszło między nami rano do sprzeczki. Poszło o to, że Rafe nie chciał pożegnać się z Kate, nie chciał nigdzie wyjeżdżać, a my musieliśmy już jechać. Nie pogodziliśmy się jeszcze, dlatego całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy.
- No chłopaki. Na której ulicy mieszkacie? - zapytał podniecony Billy.
- Eeem... Na Whitehall.
- O.. to nie daleko, zaraz będziemy.
- Spoko.
Rafe całą drogę przemilczał. Nawet gdy drzwi ciężarówki przytrzasnęły mu palce nie wydał z siebie dźwięku.
- Twardy chłop.- Skomentował to wtedy Billy.
Mężczyzna napierdalał jak katarynka, w pewnej chwili miałem go dość i straciłem cierpliwość.
- Billy! Stul mordę bo Ci przypierdolę!- krzyknąłem. Billy natychmiast ucichł, a mi zrobiło się głupio. Wyszeptałem "Sorry", ale on i tak się nie odezwał. Podrzucił nas pod samo mieszkanie, pomógł nam wyładować niektóre z przywiezionych rzeczy i odjechał. Wiedziałem że zrobiłem źle, ale przez tą całą sytuację z Rafe'em nie panowałem już nad sobą. Założyłem pozostawiony na chodniku plecak, a dwie torby wziąłem do ręki żeby nie torowały nikomu przejścia. Rafe chwycił swoje manatki i podeszliśmy do drzwi. Zgodnie z umową, miał w domu ktoś na nas czekać, żeby nas oprowadzić po mieście i odpowiedzieć na nasze pytania. Kiedy wyciągnąłem rękę, by zapukać ku mojemu szczeremu zaskoczeniu drzwi otworzyły się same. Spojrzałem pytająco na Rafe, ale ten tylko wzruszył ramionami. Przed nami, ukazała się smukła postać kobiety. Miała ok. 25 lat, długie blond włosy i niebieskie oczy. Miała dżinsy, biały T-shirt, marynarkę i buty na obcasie. Spojrzeliśmy po sobie z Rafe'em. Jeśli w grę wchodziła kobieta, on zawsze potrafił się ze mną pogodzić. Puścił mi oczko, a ja pokręciłem przecząco głową. Dobrze wiedziałem o co mu chodzi. Chciał mnie spkinąć z tą dziewczyną. Mowy nie ma! Przyjaciel nie próbował dalej.
- Dzień dobry- przywitałem się.
- Witam. Nazywam się Rosalie Winter. Jak mniemam panowie Rafe Medows i Liam McLoyd?
- Tak. Miło panią poznać.
- Zapraszam do środka.
Billy zachwycał się widokiem. Może ja i Rafe też byśmy się zachwycali, gdyby nie to, że obydwoje mieliśmy zjebany humor. Doszło między nami rano do sprzeczki. Poszło o to, że Rafe nie chciał pożegnać się z Kate, nie chciał nigdzie wyjeżdżać, a my musieliśmy już jechać. Nie pogodziliśmy się jeszcze, dlatego całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy.
- No chłopaki. Na której ulicy mieszkacie? - zapytał podniecony Billy.
- Eeem... Na Whitehall.
- O.. to nie daleko, zaraz będziemy.
- Spoko.
Rafe całą drogę przemilczał. Nawet gdy drzwi ciężarówki przytrzasnęły mu palce nie wydał z siebie dźwięku.
- Twardy chłop.- Skomentował to wtedy Billy.
Mężczyzna napierdalał jak katarynka, w pewnej chwili miałem go dość i straciłem cierpliwość.
- Billy! Stul mordę bo Ci przypierdolę!- krzyknąłem. Billy natychmiast ucichł, a mi zrobiło się głupio. Wyszeptałem "Sorry", ale on i tak się nie odezwał. Podrzucił nas pod samo mieszkanie, pomógł nam wyładować niektóre z przywiezionych rzeczy i odjechał. Wiedziałem że zrobiłem źle, ale przez tą całą sytuację z Rafe'em nie panowałem już nad sobą. Założyłem pozostawiony na chodniku plecak, a dwie torby wziąłem do ręki żeby nie torowały nikomu przejścia. Rafe chwycił swoje manatki i podeszliśmy do drzwi. Zgodnie z umową, miał w domu ktoś na nas czekać, żeby nas oprowadzić po mieście i odpowiedzieć na nasze pytania. Kiedy wyciągnąłem rękę, by zapukać ku mojemu szczeremu zaskoczeniu drzwi otworzyły się same. Spojrzałem pytająco na Rafe, ale ten tylko wzruszył ramionami. Przed nami, ukazała się smukła postać kobiety. Miała ok. 25 lat, długie blond włosy i niebieskie oczy. Miała dżinsy, biały T-shirt, marynarkę i buty na obcasie. Spojrzeliśmy po sobie z Rafe'em. Jeśli w grę wchodziła kobieta, on zawsze potrafił się ze mną pogodzić. Puścił mi oczko, a ja pokręciłem przecząco głową. Dobrze wiedziałem o co mu chodzi. Chciał mnie spkinąć z tą dziewczyną. Mowy nie ma! Przyjaciel nie próbował dalej.
- Dzień dobry- przywitałem się.
- Witam. Nazywam się Rosalie Winter. Jak mniemam panowie Rafe Medows i Liam McLoyd?
- Tak. Miło panią poznać.
- Zapraszam do środka.
sobota, 26 października 2013
Nerwy
Pogotowie przyjechało po 5 minutach, Rafe wsiadł do karetki razem z dziewczyną, a ja popędziłem do domu przyjaciela po motor i również pojechałem do szpitala. Byłem na miejscu ok. 5 minut po tym, jak dziewczyna została przewieziona do szpitala. Zastałem przyjaciela, siedzącego na krześle przed izbą przyjęć. Opierał się łokciami o kolana, a dłońmi podtrzymywał głowę. Podszedłem do niego i położyłem dłoń na jego ramieniu. Podniósł gwałtownie głowę i rozejrzał się. W jego oczach wyraźnie widać było smutek. Zza ściany, dobiegał nas dźwięk aparatur i różnych innych sprzętów lekarskich, ale najbardziej dało się słyszeć głosy zdenerwowanych lekarzy. Chciałem coś powiedzieć, ale on mnie uciszył gestem, nie zrozumiałem o co mu chodzi. Zamyślił się, jednak patrzył mi prosto w oczy. Odwzajemniałem spojrzenie. W końcu zrobiło się zupełnie cicho. Lekarze ucichli, jedyne co było słychać to jakiś urządzenie które pikało. Dosłownie, robiło PIK PIK PIK PIK PIK PIK, i tak na okrągło. Chyba chodziło mu o ten dźwięk, chciał go dobrze słyszeć. A ja zrozumiałem, że to jest jej serce. Jeśli to pikało, oznaczało że jej serce bije. Wytężałem słuch, za pewne tak samo jak mój przyjaciel. Mimo iż nie znałem tej dziewczyny dłużej, nie chciałem żeby umierała. Nie chciałem potem widzieć, jak mój przyjaciel popada w depresję. Zresztą ona była młoda, całe życie przed nią. Wsłuchiwaliśmy się tak chyba przez całe 10 minut. W końcu z sali wyszło 2 lekarzy i pielęgniarka
- Pan Rafe?- zapytał jeden z nich.
- Tak, to ja. - Odezwał się mój przyjaciel.
- Mamy dla pana niestety smutnie wieści. Otóż pana dziewczyna, straciła dziecko - powiedział drugi lekarz.
Mój przyjaciel na te słowa, złapał mnie za ramie i mocno trzymał, jakby tylko moje ramie mogło go powstrzymać przed upadkiem na ziemię.
- Czy wszystko w porządku?- zapytała pielęgniarka.
- Czy wszystko w porządku? -powtórzył, a ja złapałem go za ramiona, bo wiedziałem że zaraz wybuchnie gniewem- Czy wszystko w porządku?! Czy Ciebie kobieto popierdoliło?! Moja dziewczyna, właśnie straciła dziecko, a ty się mnie kurwa pytasz, że wszystko w porządku!!!? Jeśli chcesz wiedzieć, to nie! Nie, kurwa! Nie jest w porządku!- krzyczał.
Gdyby nie moje ręce, mocno spoczywające na jego ramionach, za pewne złapał by niewinną kobietę za ramiona i nią telepał. Chłopak w końcu się ogarną i wbiegł do sali, na której leżała dziewczyna.
- Dziewczynę wypiszemy za kilka dni, kiedy dojdzie do siebie, proszę zadbać o pańskiego przyjaciela- lekarze zwrócili się do mnie.
- Taaa..tak. Oczywiście- odpowiedziałem, otrząsając się z oszołomienia.
Lekarze odeszli, a ja wszedłem do sali w której leżała Kate. Była nieprzytomna, za to blada jak ściana. Rafe siedział obok niej na krześle, trzymając za nieruchomą dłoń. Mówił coś do niej, drżącym głosem. Ciekawe czy słyszała. Wciąż powtarzał:
- Wszystko będzie dobrze. Na pewno. Musi być dobrze. Spróbujemy kiedy indziej. Może to był znak, że zrobiliśmy to za wcześnie. Nie martw się, będzie dobrze, będzie dobrze...
- Pan Rafe?- zapytał jeden z nich.
- Tak, to ja. - Odezwał się mój przyjaciel.
- Mamy dla pana niestety smutnie wieści. Otóż pana dziewczyna, straciła dziecko - powiedział drugi lekarz.
Mój przyjaciel na te słowa, złapał mnie za ramie i mocno trzymał, jakby tylko moje ramie mogło go powstrzymać przed upadkiem na ziemię.
- Czy wszystko w porządku?- zapytała pielęgniarka.
- Czy wszystko w porządku? -powtórzył, a ja złapałem go za ramiona, bo wiedziałem że zaraz wybuchnie gniewem- Czy wszystko w porządku?! Czy Ciebie kobieto popierdoliło?! Moja dziewczyna, właśnie straciła dziecko, a ty się mnie kurwa pytasz, że wszystko w porządku!!!? Jeśli chcesz wiedzieć, to nie! Nie, kurwa! Nie jest w porządku!- krzyczał.
Gdyby nie moje ręce, mocno spoczywające na jego ramionach, za pewne złapał by niewinną kobietę za ramiona i nią telepał. Chłopak w końcu się ogarną i wbiegł do sali, na której leżała dziewczyna.
- Dziewczynę wypiszemy za kilka dni, kiedy dojdzie do siebie, proszę zadbać o pańskiego przyjaciela- lekarze zwrócili się do mnie.
- Taaa..tak. Oczywiście- odpowiedziałem, otrząsając się z oszołomienia.
Lekarze odeszli, a ja wszedłem do sali w której leżała Kate. Była nieprzytomna, za to blada jak ściana. Rafe siedział obok niej na krześle, trzymając za nieruchomą dłoń. Mówił coś do niej, drżącym głosem. Ciekawe czy słyszała. Wciąż powtarzał:
- Wszystko będzie dobrze. Na pewno. Musi być dobrze. Spróbujemy kiedy indziej. Może to był znak, że zrobiliśmy to za wcześnie. Nie martw się, będzie dobrze, będzie dobrze...
niedziela, 13 października 2013
Pleas, don't go
Jak nazłość, dojechałem bardzo szybko. Na miejscu, nie zastałem swojego przyjaciela. Powiedziano mi, że jest w knajpie. Odradzono mi jechania motorem, więc poszedłem na piechotę. Znalazłem knajpę o nazwie "Autobus". Tak wiem, to cholernie dziwne. Znalazłem go siedzącego przy jednym ze stolików. Co dziwne, nie siedział sam. Na jego kolanach siedziała dziewczyna. Przytulała się do niego i wciąż powtarzała "Proszę, nie odchodź".

On ja przytulał i powtarzał że wszystko będzie w porządku, że znajdzie pracę mieszkanie i ja do siebie sprowadzi. Ona płakała, powtarzała żeby ich nie zostawiał, że nie wie, co się z nią stanie jak on ją zostawi. Przyznam, że nie wiedziałem jak mam się zachować. Stałem i patrzyłem na tę scenę. W końcu Rafe się obrócił i mnie zobaczył. Lekko się speszył i posadził dziewczynę obok siebie. Na oko miała...nie wiem, 15 lat? Oczy miała zapuchnięte od płaczu, była całkowicie zmęczona. Spojrzała na mojego przyjaciele zmieszana. On patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego. Dziewczyna wtuliła się w jego ramię, a ja postanowiłem bardziej jej się przyjrzeć. Długie, brązowe włosy w strąkach, czarny sweter, szare dresy, glany. Nagle to zobaczyłem. Była w ciąży. Gdy spostrzegła że się jej przyglądam, złapał się ze brzuch i przykryła go swetrem, a głowę schowała za moim przyjacielem. Patrzyłem na niego wściekle.
- Rafe, możemy na słówko?- zapytałem przez zaciśnięte zęby.
- Tak.
Bez słowa wyszliśmy z knajpy, pozostawiając dziewczynę samą.
- Czy ciebie powaliło?! Ile ona ma lat?! 15!? - zacząłem wrzeszczeć na tego bezmózga.
- Stary, uspokój się. Wiem, jak to wygląda, ale zaraz Ci wszystko wyjaśnię.
- No to słucham!
- No więc, to jest Kate, ma 16 lat. To był całkowity przypadek, spotkaliśmy się rok temu, na festynie w Crawley, utrzymywaliśmy kontakt, spotkaliśmy się kilka miesięcy temu i...i tak wyszło.
Gdy to słyszałem, miałem ochotę go najzwyczajniej w świecie zabić. Jak ten idiota mógł zrobić to z tak młodą dziewczyną?!
- Ciebie naprawdę powaliło. Ty zdajesz sobie sprawę, że gdy to dziecko się urodzi, możecie mieć przejebane. Jej rodzice wiedzą?
- Tak, wiedzą. Powiedziała im. Zapewnili że jej pomogą podczas ciąży, ale gdy urodzi może zostać z nimi tylko kilka miesięcy, dopuki nie znajdzie pracy i własnego mieszkania.
- No to przynajmniej tyle. A co jak się już dziecko urodzi? Gdzie będzie mieszkać? Gdzie pracować?
- Wiesz... bo my się przeprowadzamy do Londynu i jej obiecałem, że ją tam sprowadzę.
- Ja pierdole, człowieku, czy ciebie popierdoliło? Przecież nawet nie wiadomo, czy my coś znajdziemy, a nie dopiero szukać pracy dla nieletniej.
- Wiem, stary zrozum że dla mnie to też nie jest proste, ale staram się jak mogę żeby sobie poradzić. Przepraszam że Ci nic nigdy nie mówiłem, ale tak wszyło. Wybacz.
- Dobra. Chodźmy do niej, pożegnaj się i wracamy do domu. Musimy jeszcze wrócić do domu i uzgodnić z Billy'm, żeby nas zawiózł do Londynu.
- Ok.
Wróciliśmy do Kate. Zastaliśmy ją, płaczącą i trzymającą się za swój brzuch. W pierwszej chwili, obydwoje rzuciliśmy się jej na ratunek. Dziewczyna płakała i wyła z bólu. Kazaliśmy zadzwonić na karetkę, a ona zemdlała.
On ja przytulał i powtarzał że wszystko będzie w porządku, że znajdzie pracę mieszkanie i ja do siebie sprowadzi. Ona płakała, powtarzała żeby ich nie zostawiał, że nie wie, co się z nią stanie jak on ją zostawi. Przyznam, że nie wiedziałem jak mam się zachować. Stałem i patrzyłem na tę scenę. W końcu Rafe się obrócił i mnie zobaczył. Lekko się speszył i posadził dziewczynę obok siebie. Na oko miała...nie wiem, 15 lat? Oczy miała zapuchnięte od płaczu, była całkowicie zmęczona. Spojrzała na mojego przyjaciele zmieszana. On patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego. Dziewczyna wtuliła się w jego ramię, a ja postanowiłem bardziej jej się przyjrzeć. Długie, brązowe włosy w strąkach, czarny sweter, szare dresy, glany. Nagle to zobaczyłem. Była w ciąży. Gdy spostrzegła że się jej przyglądam, złapał się ze brzuch i przykryła go swetrem, a głowę schowała za moim przyjacielem. Patrzyłem na niego wściekle.
- Rafe, możemy na słówko?- zapytałem przez zaciśnięte zęby.
- Tak.
Bez słowa wyszliśmy z knajpy, pozostawiając dziewczynę samą.
- Czy ciebie powaliło?! Ile ona ma lat?! 15!? - zacząłem wrzeszczeć na tego bezmózga.
- Stary, uspokój się. Wiem, jak to wygląda, ale zaraz Ci wszystko wyjaśnię.
- No to słucham!
- No więc, to jest Kate, ma 16 lat. To był całkowity przypadek, spotkaliśmy się rok temu, na festynie w Crawley, utrzymywaliśmy kontakt, spotkaliśmy się kilka miesięcy temu i...i tak wyszło.
Gdy to słyszałem, miałem ochotę go najzwyczajniej w świecie zabić. Jak ten idiota mógł zrobić to z tak młodą dziewczyną?!
- Ciebie naprawdę powaliło. Ty zdajesz sobie sprawę, że gdy to dziecko się urodzi, możecie mieć przejebane. Jej rodzice wiedzą?
- Tak, wiedzą. Powiedziała im. Zapewnili że jej pomogą podczas ciąży, ale gdy urodzi może zostać z nimi tylko kilka miesięcy, dopuki nie znajdzie pracy i własnego mieszkania.
- No to przynajmniej tyle. A co jak się już dziecko urodzi? Gdzie będzie mieszkać? Gdzie pracować?
- Wiesz... bo my się przeprowadzamy do Londynu i jej obiecałem, że ją tam sprowadzę.
- Ja pierdole, człowieku, czy ciebie popierdoliło? Przecież nawet nie wiadomo, czy my coś znajdziemy, a nie dopiero szukać pracy dla nieletniej.
- Wiem, stary zrozum że dla mnie to też nie jest proste, ale staram się jak mogę żeby sobie poradzić. Przepraszam że Ci nic nigdy nie mówiłem, ale tak wszyło. Wybacz.
- Dobra. Chodźmy do niej, pożegnaj się i wracamy do domu. Musimy jeszcze wrócić do domu i uzgodnić z Billy'm, żeby nas zawiózł do Londynu.
- Ok.
Wróciliśmy do Kate. Zastaliśmy ją, płaczącą i trzymającą się za swój brzuch. W pierwszej chwili, obydwoje rzuciliśmy się jej na ratunek. Dziewczyna płakała i wyła z bólu. Kazaliśmy zadzwonić na karetkę, a ona zemdlała.
sobota, 12 października 2013
Po raz pierwszy
Jak zwykle, po treningu piłki nożnej, przebrałem się i wsiadłem na swój motor. Był to czarny ścigacz. Usiadłem na nim i położyłem głowę na baku. Tak pięknie pachniał benzyną. Oparłem twarz i ręce. Tak, tego mi było trzeba, po ciężkim treningu piłki nożnej. Usiąść na swoim motorze i rozkoszować się słońcem. Niestety moja rozkosz nie trwała długo. Zadzwonił mój telefon. Odebrałem. Dzwonił mój przyjaciel, Rafe. Chciał wiedzieć, czy po niego przyjadę. Oczywiście zapewniłem go że gdy tylko wrócę do domu i się ogarnę to po niego przyjadę. Mój przyjaciel znajdował się w Crawley, a ja mieszkałem na obrzeżach tego miasta. Za niedługo planujemy obydwoje przenieść się do Londynu, w poszukiwaniu pracy i domu. Już za dwa dni wyjeżdżamy, a Rafe pojechał pożegnać się z rodziną. Ja nie miałam tego luksusu. Moja matka umarła przy moim porodzie, a ojciec przez to zaczął pić i oddano mnie do domu dziecka. Byłem jedynakiem, potem mnie adoptowano i gdy skończyłem 18 lat, wyprowadziłem się od tamtych ludzi, od tamtej pory nie utrzymywałem z nimi żadnego kontaktu. Potem czepiłem się jakiejś roboty, uzbierałem kasę i kupiłem motor, następnie aparat. Przyjęto mnie do miejscowej drużyny piłkarskiej, na tym też zarabiałem. Miałem kilka prac, ale po otrzymaniu ostatnich wypłat, zwolniłem się i zacząłem przygotowania do przeprowadzki. Ja byłem już całkowicie spakowany, a szmaty mojego przyjaciela wciąż gdzie nie gdzie leżały.
Ogarnąłem się trochę, poprawiłem na motorze i założyłem kask. Przekręciłem zapłon i usłyszałem głos ślinka, wrzuciłem bieg i odjechałem. Odkręciłem gaz wrzucając w umyśle opcję off. Gdy pędziłem na swoim motocyklu, jedyne co się dla mnie liczyło, to prędkość i niesamowicie buzująca we mnie adrenalina. Jadąc, nie myślałem o niczym. Liczyło się tylko to, co wymieniłem wcześniej. Niestety, jechałem tylko 15 minut.
Za szybko dojechałem do naszego mieszkania. Mieszkaliśmy na ulicy, na której były same akademiki. Wynajmowaliśmy małą kawalerkę, na spółkę z Rafe'm i jeszcze jednym kolegą, Connor'em. Wypakowałem ciuchy z torby na trening i cisnąłem je do kosza na pranie. Wszedłem pod prysznic i umyłem się. Po prysznicu, opróżniłem trochę naszą lodówkę i poszedłem się ciepło ubrać. Może i właśnie rozpoczęło się lato, ale jak jedziesz na motorze, to wcale nie jest tak ciepło. Napisałem Rafe'owi SMS " Masz swój kask?" (żeby nie było, że będę przez prawie godzinę jechać z kaskiem na kierownicy. Odpisał po 5 minutach, właśnie wtedy gdy wychodziłem z domu: "Jasne stary. Kiedy będziesz?". Napisałem tylko, że właśnie wsiadam na motor. Nie odpisał. Wiedział, że już lepiej mi nie odpisywać, bo nie lubię się zatrzymywać, żeby tylko przeczytać coś w stylu "Ok", albo "Aha". Wsiadłem na swoją Yamahę i odpaliłem maszynę. Wyjechałem z ulicy, z piskiem opon. Kochałem ten dźwięk. Gdy wjechałem na autostradę, miałem szczęście, okazało się że mało samochodów jeździ, więc mogę sobie trochę powariować. Rozpędziłem się, przekroczyłem dozwoloną prędkość, wymijałem samochody, tuż przed tym, gdybyśmy się zderzyli. Znowu włączyłem w umyśle opcję off tracąc przy tym, jakąkolwiek łączność z rzeczywistością. Pędziłem tak, że obraz po moich obydwu stronach rozmazywał się. Gdy jechałem, czułem się tak wolny, jak nigdy. Jakby motocykl uwalniał mnie od wszelkich problemów, od życia. Gdy jechałem, po prostu czułem jakbym leciał.
Ogarnąłem się trochę, poprawiłem na motorze i założyłem kask. Przekręciłem zapłon i usłyszałem głos ślinka, wrzuciłem bieg i odjechałem. Odkręciłem gaz wrzucając w umyśle opcję off. Gdy pędziłem na swoim motocyklu, jedyne co się dla mnie liczyło, to prędkość i niesamowicie buzująca we mnie adrenalina. Jadąc, nie myślałem o niczym. Liczyło się tylko to, co wymieniłem wcześniej. Niestety, jechałem tylko 15 minut.
Za szybko dojechałem do naszego mieszkania. Mieszkaliśmy na ulicy, na której były same akademiki. Wynajmowaliśmy małą kawalerkę, na spółkę z Rafe'm i jeszcze jednym kolegą, Connor'em. Wypakowałem ciuchy z torby na trening i cisnąłem je do kosza na pranie. Wszedłem pod prysznic i umyłem się. Po prysznicu, opróżniłem trochę naszą lodówkę i poszedłem się ciepło ubrać. Może i właśnie rozpoczęło się lato, ale jak jedziesz na motorze, to wcale nie jest tak ciepło. Napisałem Rafe'owi SMS " Masz swój kask?" (żeby nie było, że będę przez prawie godzinę jechać z kaskiem na kierownicy. Odpisał po 5 minutach, właśnie wtedy gdy wychodziłem z domu: "Jasne stary. Kiedy będziesz?". Napisałem tylko, że właśnie wsiadam na motor. Nie odpisał. Wiedział, że już lepiej mi nie odpisywać, bo nie lubię się zatrzymywać, żeby tylko przeczytać coś w stylu "Ok", albo "Aha". Wsiadłem na swoją Yamahę i odpaliłem maszynę. Wyjechałem z ulicy, z piskiem opon. Kochałem ten dźwięk. Gdy wjechałem na autostradę, miałem szczęście, okazało się że mało samochodów jeździ, więc mogę sobie trochę powariować. Rozpędziłem się, przekroczyłem dozwoloną prędkość, wymijałem samochody, tuż przed tym, gdybyśmy się zderzyli. Znowu włączyłem w umyśle opcję off tracąc przy tym, jakąkolwiek łączność z rzeczywistością. Pędziłem tak, że obraz po moich obydwu stronach rozmazywał się. Gdy jechałem, czułem się tak wolny, jak nigdy. Jakby motocykl uwalniał mnie od wszelkich problemów, od życia. Gdy jechałem, po prostu czułem jakbym leciał.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
