środa, 22 stycznia 2014

Kłopot

- No więc, tu macie łazienkę, ręczniki są tam. - Rosalie oprowadzała nas po domu. Starałem się uważać na to co mówi, lecz mój przyjaciel ciągle trącał mnie w ramię i wskazywał na krągłe pośladki kobiety. Widać że odzyskał humor. Pewnie gdy tylko kobieta nas już wszędzie oprowadzi pójdziemy na piwo, starym zwyczajem. Za każdym razem, kiedy mnie trącał bym popatrzył, karciłem go spojrzeniem, ale on nic sobie z tego nie robił. Jak zwykle.
 - Daleko jest stąd jakaś knajpa? - zapytał Rafe. Wiedziałem.
 - Tuż za rogiem, jest knajpa o nazwie Endowed. Może wam się tam spodobać. Ale ja tam nie lubię uczęszczać, ale jak na wasze standardy wystarczy- kobieta uśmiechnęła się kwaśno do Rafe'a, którego przyłapała na bacznym obserwowaniu jej piersi. Było mi za niego wstyd.
 - Jutro skończę Was oprowadzać, do pracy macie na 20, więc mamy cały dzień. To chyba tyle, mieszkanie macie małe, więc liczę że się nie pogubicie. Jakieś pytania?
 - Rose, dasz się na mówić na kino?- wypalił mój przyjaciel, a ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Wtedy kobieta wyciągnęła przed jego twarz prawą dłoń, gdzie na jej serdecznym palcu widniała złota obrączka. Próbowałem zamaskować śmiech kaszlem, lecz mi to nie wyszło.
 - Chyba jednak nic z tego. Spóźniłeś się jakieś 4 lata- odpowiedziała śmiejąc się.
Cała nasza trójka zeszła po schodach na dół, tam kobieta wzięła swoją torebkę i wyszła. Zamknęliśmy za nią drzwi.
 - No stary, spóźniłeś się. Jakieś 4 lata. Nie martw się - poklepałem go pocieszająco po ramieniu i zacząłem się śmiać. Spojrzał na mnie nienawistnym spojrzeniem, ale również po chwili śmiał się razem ze mną.
 - Idziemy na piwo?
 - Jasne. Ty stawiasz.-Odpowiedziałem.
 - No chyba cię pierdolło coś w łeb porządnie- zaśmiał się.
 - Pff...



~ ~ ~* ~ ~ ~



Robiło się już późno. Wyszłam z domu cztery godziny temu. Trafiliśmy z Marley'em do jakiegoś parku w którym jeszcze nie byłam. Nie bardzo wiedziałam którędy wrócić do domu, bo nie zważałam na drogę. Super... zrobiłam z siebie bezbronną owieczkę. Szkoda że w rzeczywistości byłam lekko bezbronna. Na zewnątrz twarda, w środku miękka.
 - No Marley, mamy przewalone wiesz?
Pies spojrzał na mnie jak na idiotkę. Racja. My przeważnie mamy przewalone.
Szłam po ciemku i nie widziałam prawie nic. Usłyszałam za sobą szelest...

wtorek, 21 stycznia 2014

Dajcie spokój

-Tansy! Tansy, wracaj natychmiast! Już! Nie skończyłem jeszcze! Wracaj tu kurwa!- usłyszałam głos ojca, który stał w drzwiach i wołał za mną.
Chyba cię pojebało, pomyślałam. Ten dom był przeklęty. Nienawidziłam tego co się w nim znajdowało, łącznie z tym popierdolonym staruchem.
Rozejrzałam się po podwórku, w poszukiwaniu swojego psa.
http://www.e-lecznica.pl/sites/default/files/nowakowski_labrador.JPG - Marley!- zawołałam. Po jakichś 5 sekundach usłyszałam jak pies mi odszczekuje, co w jego języku oznaczało że już do mnie biegnie. Po chwili pies stał tuż obok mojej nogi i z wywieszonym jęzorem wesoło machał mi ogonem. Ucieszyłam się na ten widok, bo ten pies był moją jedyną radością w życiu.
 - Chodź Marley, idziemy stąd.
Plusem w wychodzeniu z Marley'em, było to że nie potrzebowałam do tego smyczy. Marley posłusznie szedł przy mojej nodze. Tylko mnie się tak słuchał. Innych miał głęboko pod ogonem. Wyszliśmy za bramę ogrodzenia, a ojciec zrezygnowany wrócił do domu. Można powiedzieć, że ja i Marley, byliśmy ze sobą bardzo zżyci. Mam go od 4 lat. Wciąż pamiętam dzień, w którym pojechałam z rodzicami udającymi szczęśliwe małżeństwo do hodowli i wybrałam najmniejszego z miotu. Sama jestem drobnej postury, tyle że jestem wysoka. Wybrałam go, bo tylko on wydał mi się wyjątkowy i to wcale nie dlatego że był najmniejszy. Po prostu pokochałam spojrzenie jego małych brązowych oczu.
Ojciec znów się najebał. Wpadł w furię i wyżywał się na mnie i na mamie. Dobrze że przynajmniej ja mogę wyjść. Mama siedzi na fotelu i wszystkiego wysłuchuje, potem płacze przez kilka dni. Ojciec się ogarnia i ją przeprasza. Tak jest kilka razy w tygodniu. Mama popadła w depresję, przez to że kilka lat temu dowiedziała się o tym że ojciec ją zdradza. Co najgorsze na pogrzebie jej mamy, z jej własną kuzynką. Ojciec ją przepraszał, ale nic to nie dawało. Na początku nie było tak źle jak jest teraz. Teraz gdyby nie to że w nią wmuszam nic by nie jadła, a kiedy się odezwie panuje w domu radość. Nie raz lądowała w szpitalu. Ale wypisywano ją po kilku dniach. Tata nie chcę jej oddać do szpitala psychiatrycznego bo to "zszarga jego dobre imię". Ja nie mam siły i nie wiem co mam już z tym robić. Często wychodzę z domu i zabieram wtedy ze sobą Marley'a, żeby on też nie musiał patrzeć na to co się tam dzieje. Praktycznie nie mam przyjaciół. Pozbyłam się ich wtedy, kiedy odkryłam że lecą tylko na moją kasę, a z chłopakami zrobiłam to samo. Jedynym facetem jakiem ufam, jest Marley. Potem jednak tam wracam. Nie mam w sobie na tyle siły, żeby zostawić mamę samą. Czasem kiedy ojciec jest zły, dochodzi do rękoczynów. Wyżywa się na mamie, jak na worku treningowym, a kiedy staję w jej obronie mi się dostaję. Ale już wolę ja dostawać, niż żeby ona. Ja się wyliżę, ale mama nie prędko.
Spacerując z psem, czuję jak problemy znikają. Nie raz kiedy wychodzę, nie ma mnie ponad kilka godzin. Wtedy uruchamiam wyobraźnię, a wszelakie smutki i zmartwienia znikają. Są tylko marzenia.

Podróż

Następnego dnia, byliśmy już w drodze do Londynu. Wyruszyliśmy dzień wcześniej, dlatego że powiedziano nam iż jednak prace zaczynamy jutro, a nie za kilka dni, więc szybko zapakowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy. Pozostało nam już tylko półtorej godziny drogi, wyruszyliśmy o 6 rano, a była już dwunasta. Jechaliśmy wolno, bo ciężarówka co chwile nawalała i musieliśmy naprawiać. Jechałem na siedzeniu pasażera, a Rafe za mną. Billy coś ciągle opowiadał że mieliśmy farta, że od razu mamy prace. Nie bardzo go słuchałem. Miałem słuchawki, a Rafe był nie obecny myślami. Wkrótce moim oczom ukazał się Big Ben.
Billy zachwycał się widokiem. Może ja i Rafe też byśmy się zachwycali, gdyby nie to, że obydwoje mieliśmy zjebany humor. Doszło między nami rano do sprzeczki. Poszło o to, że Rafe nie chciał pożegnać się z Kate, nie chciał nigdzie wyjeżdżać, a my musieliśmy już jechać. Nie pogodziliśmy się jeszcze, dlatego całą drogę się do siebie nie odzywaliśmy.
 - No chłopaki. Na której ulicy mieszkacie? - zapytał podniecony Billy.
 - Eeem... Na  Whitehall.
 - O.. to nie daleko, zaraz będziemy.
 - Spoko.
 Rafe całą drogę przemilczał. Nawet gdy drzwi ciężarówki przytrzasnęły mu palce nie wydał z siebie dźwięku.
 - Twardy chłop.- Skomentował to wtedy Billy.
  Mężczyzna napierdalał jak katarynka, w pewnej chwili miałem go dość i straciłem cierpliwość.
- Billy! Stul mordę bo Ci przypierdolę!- krzyknąłem. Billy natychmiast ucichł, a mi zrobiło się głupio. Wyszeptałem "Sorry", ale on i tak się nie odezwał. Podrzucił nas pod samo mieszkanie, pomógł nam wyładować niektóre z przywiezionych rzeczy i odjechał. Wiedziałem że zrobiłem źle, ale przez tą całą sytuację z Rafe'em nie panowałem już nad sobą. Założyłem pozostawiony na chodniku plecak, a dwie torby wziąłem do ręki żeby nie torowały nikomu przejścia. Rafe chwycił swoje manatki i podeszliśmy do drzwi. Zgodnie z umową, miał w domu ktoś na nas czekać, żeby nas oprowadzić po mieście i odpowiedzieć na nasze pytania. Kiedy wyciągnąłem rękę, by zapukać ku mojemu szczeremu zaskoczeniu drzwi otworzyły się same. Spojrzałem pytająco na Rafe, ale ten tylko wzruszył ramionami. Przed nami, ukazała się smukła postać kobiety. Miała ok. 25 lat, długie blond włosy i niebieskie oczy. Miała dżinsy, biały T-shirt, marynarkę i buty na obcasie. Spojrzeliśmy po sobie z Rafe'em. Jeśli w grę wchodziła kobieta, on zawsze potrafił się ze mną pogodzić. Puścił mi oczko, a ja pokręciłem przecząco głową. Dobrze wiedziałem o co mu chodzi. Chciał mnie spkinąć z tą dziewczyną. Mowy nie ma! Przyjaciel nie próbował dalej.
 - Dzień dobry- przywitałem się.
 - Witam. Nazywam się Rosalie Winter. Jak mniemam panowie Rafe Medows i Liam McLoyd?
 - Tak. Miło panią poznać.
 - Zapraszam do środka.